Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau

24 listopada 2017
Infamous_train_track_to_carry_prisoners_to_gas_chambers_for_execution_-_Auschwitz_II-Birkenau_(9307428048)
Rampa kolejowa, przy której dokonywano selekcji ludzi przywożonych do KL Auschwitz. Fot. Wikimedia Commons.

24 listopada 1947 roku cała Polska wstrzymała oddech i zwróciła swoją uwagę na salę Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie rozpoczynał się proces czterdziestu członków załogi obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Sala rozpraw była wypełniona po brzegi, a na zewnątrz budynku zamontowano głośniki, by wszyscy zainteresowani mogli śledzić przebieg rozprawy. Obecni byli również obserwatorzy zagraniczni – prasa, przedstawiciele konsulatów i ambasad z krajów leżących po obu stronach żelaznej kurtyny. Zbrodniarzy sądził Najwyższy Trybunał Narodowy, polski odpowiednik Trybunału Norymberskiego.

Oskarżeni reprezentowali niemal pełny przekrój funkcji obozowych dostępnych dla Niemców – od najwyższej funkcji komendanta, przez szefów poszczególnych wydziałów, kierownika krematorium, a na szoferach i zwykłych wartownikach skończywszy. Dzięki takiej różnorodności, na procesie w sposób wyczerpujący pokazano, w jaki sposób działała ta przerażająca machina śmierci.

Władze obozu

Do tych najwyższych należał Arthur Liebehenschel, który pełnił przez kilka miesięcy funkcję komendanta obozu Auschwitz I w latach 1943-1944. To on odpowiadał za cały obóz i przyjmował zarządzenia z góry  – to znaczy od Głównego Urzędu Gospodarki i Administracji SS. Ten urząd zarządzał wszystkimi obozami koncentracyjnymi. Liebehenschela skazano na śmierć.

Max Grabner – kolejny wysoko postawiony SS-man, kierownik wydziału II (politycznego), czyli obozowego Gestapo. Jako jedyny był częściowo niezależny od komendanta obozu, ponieważ mógł dostać polecenie bezpośrednio od Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy – w przypadku ważnych śledztw. W zeznaniach więźniów Grabner pojawia się wyłącznie jako sadystyczna bestia (z zeznania Józefa Ludwiga):

Od chwili mojego przybycia do obozu, to jest od grudnia 1941 r., na stanowisku kierownika oddziału politycznego. Wybitnie krwawa bestia, postrach nie tylko wszystkich więźniów, ale nawet SS-manów, którzy w czymkolwiek uchybili. Pojawienie się Grabnera w obozie kończyło się zawsze aresztowaniami wśród więźniów, zamykaniem do bunkrów, rozstrzeliwaniami. Asystował przy wszystkich egzekucjach. Niezadowolony z naturalnego ubytku więźniów wskutek chorób, wycieńczenia, gazowania chorych itp. stworzył w obozie wielki system szpiclowski – chodziło mu o wyławianie ludzi, których pod jakimkolwiek pretekstem skazywał na śmierć. Szczególnie uwagę swoją zwrócił na oficerów i inteligencję polską. Więźniowie będący na usługach Grabnera byli plagą i nieszczęściem. Wzywanych do oddziału politycznego na przesłuchania, po kilkugodzinnym badaniu przeważnie odnoszono do szpitala – oddział polityczny miał urządzenia do tortur przewyższające wszystko, co się słyszało i czytało o średniowieczu (tortura wody, nakłuwanie paznokci, zaciskanie palców w specjalnych przyrządach itd.).

Wydział polityczny cieszył się najgorszą sławą wśród więźniów, miał także największe kompetencje. Tutaj decydowano o życiu i śmierci, a jego pracownicy przeprowadzali egzekucje i poddawali torturom. Podlegało mu również obozowe krematorium. Grabner także został skazany na śmierć.

Na ławie oskarżonych zasiedli SS-mani odpowiedzialni za zabijanie w komorach gazowych. Jednym z najgorszych był Erich Muhsfeldt, alkoholik i sadysta. Kierował obozowym krematorium i komorami gazowymi, dopóki nie wyszło na jaw, że większą część złota zrabowanego ofiarom zatrzymuje dla siebie:

Piotr Denisow o Muhsfeldzie:

Mieszkał on, Musfeldt w mieszkaniu zbudowanym przy samym krematorium i żadne jęki konających na niego nie robiły wrażenia. Miał nadzór nad więźniami wykonującymi pracę w krematorium jak to: przenoszenie trupów, rozbieranie ofiar z ubrań, wyrywania złotych zębów, ściąganie z trupów biżuterii i obrączek, pierścionków i.t.p oraz spalanie trupów. Ci więźniowie t.zw. „krematorzyści” byli często zmieniani czyli szli do gazowej komory, a zastępowali ich inni, na rozkaz tegoż Musfeldta. Musfeld często uczestniczył w czasie „selekcji” czyli wyeliminowaniu chorych, słabosilnych i wszystkich więźniów nie zdolnych do pracy którzy szli do komór gazowych na stracenie. Każdy więzień drżał na samo nazwisko Musfeldta i bał się pokazać się na oczy mu.

Słyszałem od więźniów że jednego razu żywcem wrzucił Polkę więźniarkę do pieca na rozkaz Tumana, za to że ona przed egzekucją nie chciała rozebrać się do naga jak to zrobiły inne kobiety.

Erich Muhsfeldt został powieszony 24 stycznia 1948 r.

Kolejną bestią na wysokim stanowisku był Hans Aumeier – tzw. Lagerführer, czyli szef wydziału III (kierownictwo obozu), rzeczywisty nadzorca nad częścią obozu, w której trzymano więźniów. Jako kierownik odpowiadał za porządek i dyscyplinę w obozie, zatwierdzał też kary. Aumeier postarał się, by osobiście dawać swoim podkomendnym przykład brutalnego traktowania:

Od pierwszej chwili swego urzędowania okazał się wyjątkowym zbrodniarzem, sadystą. Widziałem, jak osobiście bił, kopał i katował więźniów za najdrobniejsze uchybienia – utykanie w szeregu przy wymarszu, założenie jakiejkolwiek dodatkowej ciepłej części garderoby ponad dozwoloną, niezdjęcie przed SS-manem czapki itp. powodowały u niego wybuch wściekłości i niezliczone ilości razów, kończące się dla więźnia przeważnie tragicznie. Jako jeden z tysięcy przykładów podam, że więźnia, u którego znaleziono jedną markę, Aumeier osobiście bił, kopał i gdy ten upadł nieprzytomny na ziemię, jeszcze nie ustał w znęcaniu się nad nim. Więźnia odniesiono do szpitala.

Podobnie jak pozostałych, Hansa Aumeiera stracono 24 stycznia 1948 r.

Stopień niżej znajdował się tzw. raportowy (niem. Rapportführer), który pomagał Lagerführerowi w pełnieniu obowiązków i brał odpowiedzialność za stan liczebny więźniów oraz kary im wymierzane. To stanowisko także obsadzano sadystami. Oskarżonymi tej rangi byli Ludwig Plagge i Fritz Buntrock. Obaj zostali powieszeni. Stanisław Głowa o Plaggem:

Nazywaliśmy go powszechnie „fajeczką”. Słynął on z bestialstwa i znęcania się nad więźniami i niejednokrotnie widziałem jak bił więźniów, przy czym znany był z tego, że uderzenia w twarz miał tak silne, że po takim uderzeniu żaden z więźniów nie mógł utrzymać się na nogach. Powszechnie wiadomym było, że Plagge wykonuje egzekucje na bloku 11 i niejednokrotnie sam widziałem jak wchodził do bloku 11 z flobertem.

Następnym stopniem po raportowym był Blockführer – blokowy, który sprawował nadzór nad danym blokiem liczącym zazwyczaj od kilkuset do tysiąca więźniów oraz szef komanda roboczego, które liczyło od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Blockführerami byli sądzeni na procesie: August Bogusch oraz Paul Szczurek. Były to najniższe funkcje nadzorcze przeznaczone dla załogi SS. Obaj skazani na śmierć.

Blok stanowił podstawową jednostkę organizacyjną w obozie. Więźniowie przydzieleni do danego bloku spali w jednym budynku, razem też pracowali. Wewnętrznie podzielony był jeszcze na drużyny robocze, nad którymi czuwał kapo-więzień. System nadzoru zaprojektowany był tak, że angażował część więźniów jako strażników i nadzorców. Odpowiadali oni za wydajność pracy i mogli karać podległych im pracowników. Funkcje te przydzielano najczęściej kryminalistom niemieckim, by tym bardziej uprzykrzyć życie Polakom, Żydom i innym narodowościom.

Warunki życia, warunki śmierci

W świetle tych wszystkich brutalnych zachowań SS-manów może pojawić się pytanie: jeśli obóz nie byłby obstawiony sadystami, to czy życie więźniów wyglądało by względnie normalnie? Innymi słowy, czy piekło obozu polegało na degeneratach (swoją drogą świadomie do tego celu przeznaczonych), czy też było instytucjonalnie ustanowione przez odgórne zarządzenia? Na to pytanie proces miał odpowiedzieć. Bo jeśli to sadyści zabierali więźniom jedzenie, bili ich, maltretowali, to może główne władze III Rzeszy po prostu nie znały rzeczywistej sytuacji?

Karl Ernst Möckel, kierownik administracji w obozie uparcie twierdził, że każdy z osadzonych otrzymywał racje żywnościowe, które odpowiadały około 2,5 tys. kalorii. Za ewentualne braki winą obarczał osoby odpowiedzialne za wydawanie żywności. Rzeczywiście w regulaminie obozowym takie racje przewidziano. Przewidziano również opiekę lekarską dla więźniów i kontrolę jakości pożywienia. Były to jednak puste zapisy.

Ważnym głosem na rozprawie było zeznanie profesora medycyny sądowej Jana Olbrychta, który sam spędził w Auschwitz ponad 2 lata. Przedstawił on analizę racji żywnościowych, które więźniowie rzeczywiście otrzymywali. Wynikało z niej, że organizm na obozowym wikcie mógł przetrwać maksymalnie 3 miesiące, i to przy lekkiej pracy. Nie chodziło jednak o ilość, ale o jakość – okazało się, że w jedzeniu podawanym więźniom było tak mało składników odżywczych, że niezależnie ile by go zjedli, to i tak zapadliby na chorobę głodową. To właśnie oznaczało wyniszczenie człowieka przez pracę. W każdym niemal wspomnieniu z Auschwitz pojawia się głód, który nigdy nie przechodzi, który doprowadza niemal do szaleństwa.

Nawet paczki żywnościowe z Czerwonego Krzyża były rabowane – tutaj winę udowodniono Hansowi Schumacherowi, pracownikowi magazynu żywnościowego.

Dodajmy do tego kary cielesne, kilkugodzinne apele karne na mrozie, epidemie tyfusu i innych chorób oraz wszędzie obecne wszy, a otrzymamy przerażający obraz. Cały ten system był pomyślany tak, by zniszczyć człowieka również psychicznie, nie dawać mu ani chwili spokoju, upokorzyć, załamać – co kilka dni odbywały się selekcje zdolnych do pracy. Gdy ktoś nie miał sił, wysyłano go na śmierć.

Na ławie oskarżonych zasiadło również 5 kobiet, z których najwyższą rangę miała Maria Mandl. Pełniła ona funkcję kierownika obozu kobiecego. Podobnie jak Aumeier, lubiła znęcać się nad więźniarkami (zeznanie Marty Baranowskiej z Ravensbruck):

Poza tym znęcała się nad grupą kobiet z sekty świadków Jehowy, które nie chciały wychodzić na apel. Na zarządzenie Mandel kobiety te były na apel wynoszone przez inne więźniarki i następnie Mandel biła je osobiście, a później na jej rozkaz inne więźniarki zmuszone były je oblewać zimną wodą. Przeciwko tym kobietom była prowadzona cała akcja. Na rozkaz komendanta obozu oraz Mandel zostały one zamknięte na okres – zdaje się – około trzech tygodni w baraku bez jedzenia (miały tylko na bloku wodę), bez koców, bez sienników i w rezultacie wiele z nich zmarło na tyfus głodowy.

Marię Mandl skazano na karę śmierci. Pozostałe kobiety – Alice Orlowski, Hildegard Martha Lächert, Luise Danz, Therese Brandl – były dozorczyniami w obozie kobiecym (Aufseherin). Tylko ta ostatnia jednak została skazana na powieszenie, pozostałe dostały wyroki kilku lub kilkunastoletniego więzienia, które i tak ostatecznie skrócono.

Komory gazowe

Oddzielną kategorię stanowili pracownicy obozowej służby medycznej, czyli wydziału piątego. Ich działania były odwrotnością normalnego powołania lekarzy. Dokonywali selekcji transportów na rampach i w obozie oraz skazywali ludzi niezdolnych do pracy na śmierć. Ponadto to oni prowadzili eksperymenty pseudomedyczne na więźniach.

SS-manem biorącym udział w zabijaniu w komorach gazowych był Hans Koch, członek obozowej służby dezynfekcyjnej, której członkowie wrzucali cyklon B do komór gazowych. Ludwik Bas, więzień zatrudniony przy krematorium, tak go opisuje:

W charakterze sanitariusza SS-Unterscharführer Koch Hans znany mi jest w czasu mego pobytu w obozie przez okres kilku lat od r. 1943 począwszy, gdy był on zatrudniony w SS-rewirze Kommando-Desinfektor, które to komando jako całość trudniło się przede wszystkim gazowaniem więźniów, a ubocznym jego zajęciem było odgazowywanie budynków, ubrań i bielizny tak załogi -SS, jak i więźniów. Komando to składało się z kilku SS-mannów, podległych bezpośrednio SS-Oberscharführerowi Klehrowi, który podlegał znowu służbowo naczelnemu lekarzowi obozowemu(Standortarzt). Przy gazowaniu więźniów brali udział tylko SS-manni, należący do oddziałów dezynfektorów, jeśli zaś idzie o różne prace dezynfekcyjne budynków, ubrań i bielizny, to poszczególny SS-mann przybierał sobie odpowiednią ilość więźniów do tej pracy z tym, że gazem dysponował wyłącznie dany SS-mann.

Kocha (…) kilkakrotnie widziałem zajętego przy gazowaniu mniejszych grup więźniów, w szczególności jak wsypywał przez otwory dachu krematoryjnego zawartość puszki z gazem.

Eksperymenty medyczne

Johann Paul Kremer, 64-letni doktor filozofii i medycyny, najstarszy z oskarżonych, przeprowadzał eksperymenty pseudomedyczne. Prowadził badania nad skutkami choroby głodowej oraz testował lekarstwa na tyfus. Kremer jako lekarz obozowy niejednokrotnie uczestniczył też przy selekcjach transportów i decydował o życiu i śmierci. To było główne zadanie lekarzy SS w Auschwitz.

Paradoksalnie wydział medyczny budził wielkie obawy więźniów. Z podległego wydziałowi szpitala zazwyczaj się nie wracało – przy obniżonych racjach żywnościowych i braku leków, leżąc w zatłoczonym baraku wśród innych chorych, szanse na powrót do zdrowia były niewielkie. Niektórych od razu zabijano zastrzykiem z fenolu w serce. Przy tych zastrzykach asystował doktor Kremer, który z czekał na kolejny materiał do swoich badań – ludzkie organy.

W grupie tych naukowych degeneratów, wśród których znajdował się również niesławny doktor Mengele, żył człowiek, który nie utracił człowieczeństwa. Hans Münch swoją postawą pokazał, że nawet w Auschwitz było miejsce na sprzeciw wobec totalitarnej machiny. Tak wspominał go na rozprawie Władysław Fejkiel, który spędził w Oświęcimiu ponad 4 lata:

Jak w każdej instytucji i w każdym społeczeństwie znajdzie się parszywa owca, to taką parszywą owcą między SS-manami był Dr.Münch. Ten człowiek mimo, że nosił mundur SS., to jednak duszy SS-mańskiej nie miał.

Stykałem się z nim dość często, jako zastępcą szefa instytutu higienicznego. Była to rzecz wyjątkowa, że jako jeden z SS-mannów umiał on uszanować wiek ludzi i każdego więźnia. O więźniów swoich dbał bardzo i twierdzę, gdyby Müncha nie było, przeszliby bardzo dużo. Prócz tego, Münch miał jeszcze jedną zaletę, że nie odróżniał narodowości, czy to Żyd, Czech, czy Polak. Pamiętam sprawę prof. uniw. poznańskiego Jakubowskiego, którą załatwił Münch.

Hansa Müncha jako jedynego oskarżonego uniewinniono. Pozostali dostali wyroki od 3 lat pozbawienia wolności do kary śmierci przez powieszenie. Doktor Paul Kremer ocalił życie dzięki ułaskawieniu udzielonemu przez prezydenta Bolesława Bieruta ze względu na podeszły wiek winnego. Proces zakończył się 22 grudnia 1947, czyli po niecałym miesiącu. Jest to stosunkowo niedługi czas, lecz zważywszy na materiał dowodowy, rozstrzygano tutaj raczej nie o winie, ale o wysokości kary. Zeznania świadków z procesu będą wkrótce dostępne w naszym repozytorium cyfrowym “Zapisy Terroru”.

Jakub Mańczak

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach
przeglądarki. Więcej informacji w Polityka prywatności strony.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl